Pismo Związku Polaków na Łotwie

Wywiad z Jadwigą Radzinią

(z okazji wydania książki „Ks. Jan Wasilewski. Życie kapłana z Łotwy”)

Antoni Przybysz – członek zarządu Fundacji im. T. Goniewicza, Jadwiga Radzińa, Józef Adamski – prezes Fundacji im. T. Goniewicza.

Irena Lieģeniece: Wielu, dziesiątki księży, mieli podobny los w czasach komunistycznych. Pani wybrała Jana Wasilewskiego najpierw jako obiekt swych badań, a następnie jako bohatera swego dzieła dokumentalnego. Jak to się stało? Skąd takie głębokie zainteresowanie losem właśnie tego księdza?

Jadwiga Radzinia: Idea tej książki powstała w starym naszym rodzinnym domu na wsi w Dobroczyniu w Łatgalii, gdzie na każdym kroku spotykamy się z dowodami pamięci o naszych przodkach, o naszych dziadkach Stankiewiczach, Wasilewskich, Jankiewiczach, Grzybowskich. Mamy tu wiele rozmaitych rzeczy, które w rodzinie uważane są za relikwie i umieszczone są na honorowych miejscach. Wywołują one w nas niezwykłe uczucia, niby dotykamy legendy, tajemnicy... W naszym domu na ścianie zawsze był i jest teraz portret księdza Wasilewskiego. Patrząc na niego nam, domownikom, chciało się być lepszymi, dawał nam stymuł, aby stać się doskonalszymi, chcieliśmy uczyć się na jego przykładzie. Ksiądz zmarł w 1948 roku. Byliśmy wtedy małymi dziećmi, no i chciało mi się to wszystko zbadać. Rodzice wspominali o nim w związku z tym, że był on ojcem chrzestnym mego ojca. Mamy darowany podczas chrztu przez księdza Jana obraz święty – obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z datą 31 czerwca 1911 r. Już 100 lat ma ten obraz. Przy nim zawsze modliliśmy się całą rodziną, zazwyczaj wieczorami, w niedziele też, jeśli nie mogliśmy trafić do kościoła. Ten obraz był dla nas ołtarzem.

J. R.: Zdjęcia najpierw szukałam u siebie w domu, w albumie moich rodziców. Bardzo dużo zdjęć i dokumentów też miałam od babci Ani, siostry księdza Jana. Byliśmy z nią bardzo zaprzyjaźnieni. Jej córka, ciocia Gienia (Eugenia Stankiewicz), kiedy umierała, przekazała nam dużo dokumentów i album fotografii księdza. Bracia i siostry moi dowierzyli mnie całe to archiwum. Z nadzieją jeździłam do Rygi do Państwowego Archiwum Historycznego, poszukując potrzebnych dokumentów, wiele razy byłam tam, nim znalazłam o Wasilewskim, ponieważ archiwum o kościołach jest bardzo biedne: zaginęło podczas wojny, celowo czy przypadkowo. Wiem, że archiwum z Agłony po prostu się spaliło. Jednak coś można znaleźć.

Jadwiga Radzinia na uroczystości prezentacji książki w Bibliotece Akademickiej.

I. L.: Pisząc książkę, czy zastanawiała się Pani, do kogo adresuje swoje dzieło?

J. R.: Najpierw pisałam z potrzeby serca. Po drugie, aby zachować dla historii pamięć o tym księdzu, który został zamęczony przez bolszewików za Kościół i wiarę. Widziałam, że on jest zapomniany na Łotwie. Ksiądz Jan był Polakiem, dlatego też chciałam, aby ludzie poznali go, żeby wiedzieli, że był wśród nas taki ksiądz. Trudno jest dowiedzieć się coś o nim na Łotwie, bo został wysłany do pracy w diecezji Mohylewskiej. To była największa diecezja w świecie: Syberia i Sachalin – to też Mohylewska. Księża Polacy najczęściej pracowali jako misjonarze. Ksiądz Wasilewski już według swego usposobienia był misjonarzem.

I. L.: Jaki by ksiądz Jan?

J. R.: Z opowiadań moich krewnych wiem, że był on bardzo serdeczny i życzliwy, pomocny nie tylko swoim bliskim, lecz pomagał też rodzinom biednym, które nie miały możliwości kształcić swoje dzieci, wspierał je na różne sposoby – pieniędzmi, moralnie, duchowo. Chłopcom, którzy chcieli uczyć sie na księży, pomagał przygotować się do egzaminów wstępnych. Po latach, już po śmierci księdza Jana, jeden z tych młodych ludzi, Michał Bydowski, który stał się bardzo dobrym księdzem kanonikiem, zdecydował się przywieźć szczątki swego opiekuna z dalekiej Syberii do ziemi polskiej. Ja uważam księdza Jana Wasilewskiego za człowieka wielkiego, bardzo ofiarnego, wiernego Panu Bogu i swojemu Kościołowi. Podziwiam go nie tylko dlatego, że mamy pokrewieństwo, ale jako osobowość: on jest święty, ponieważ będąc w takich najstraszniejszych warunkach życiowych, beznadziejnych, w więzieniach, gdzie oczekuje się śmierci co chwilę, on miał w sobie zapał i energię, aby dyskutować z wrogami Kościoła i nawet ich nawracać.

I. L.: Praca nad książką jest skończona. Czy ma Pani satysfakcję?

I. L.: Książka o księdzu Wasilewskim zawiera mnóstwo dokumentów, fotografii. Jak Pani to gromadziła?

J. R.: Chyba tak! Mam już spokój na sercu, jednak chce mi się poszukiwać dalej, bo wiem, że są dokumenty, które nie weszły do książki. Już znalazłam w „Przeglądzie Powszechnym” artykuł księdza „Prawosławie według bolszewizmu”. Chyba będę dalej pracowała nad tym tematem.

I. L.: Może powstać drugie wydanie tej biografii księdza, dopełnione, poszerzone?

J. R.: Tak, może. Ale musimy pamiętać o realnej sytuacji. Biografia została napisana dzięki wsparciu wielu osób, które odezwały się i pomogły zdobyć biograficzne, historyczne dokumenty oraz wspomnienia zarówno w Polsce, jak i na Łotwie. Największe podziękowania składam Józefowi Adamskiemu, prezesowi Fundacji im. Tadeusza Goniewicza, wydawcy mojej książki, za wydanie, za umieszczenie w czasopiśmie „Echa Polesia” mego apelu do czytelników o wspomnienia o księdzu Wasilewskim. Wielkie dzięki wszystkim dobrodziejom i ofiarodawcom na całym świecie.!

I. L.: Dziękuję Pani za rozmowę.

Rozmawiała Irena Lieģeniece