Pismo Związku Polaków na Łotwie

KAZIMIERZ BŁAŻEWICZ

Wspomnienia ryskiego Polonusa
przeżyć okupacyjnych

(ciąg dalszy)

Nadszedł dzień przesłuchania. Zostałem sprowadzony na parter między kraty i z obawą oczekiwałem tam przez pół godziny stojąc twarzą do ściany – prawdopodobnie celem "skruszenia". Modlitwą skracałem sobie czas oczekiwania. Byłem przygotowany na najgorsze, z biciem włącznie, bo współwięźniowie z celi opowiadali jak przebiega przesłuchanie. Po kilku zdaniach oskarżenia, jeśli przesłuchiwany nie przyznawał się, następowało bicie, czasami do nieprzytomności, potem od nowa te same pytania i z braku pozytywnej odpowiedzi ponowne bicie aż do skutku, lub odesłanie do celi i nazajutrz od rana ta sama procedura.

Po wejściu do pokoju stwierdziłem, że śledczym nie był ten, który mnie przyjmował po wprowadzeniu do więzienia. Wyglądał mniej odrażająco. Obok niego przy biurku siedział tłumacz – Łotysz, który zapytał czy znam niemiecki. Jakoś machinalnie odpowiedziałem, że nie. Sam byłem zaskoczony swoją odpowiedzią, ale jak się później okazało dzięki temu uniknąłem "tęgiego lania". Opatrzność Boża czuwała nade mną. Stałem jakiś metr od blatu biurka, na którym leżały materiały śledztwa naszej sprawy. Pisane były wyraźną czcionką na maszynie. Z łatwością mogłem odczytać (harcerska zabawa sprawności wzrokowej – czytałem gazetę z odległości 1,5 m) zeznania kolegów z siatki o mojej działalności. Śledczy zadawał pytania kartkując protokoły zeznań, odnośnie osób, mojej i ich działalności, a ja odpowiadałem, że to są moi koledzy ze szkoły lub znajomi i o żadnej organizacji, ani też działalności nic nie wiem. Zanim Łotysz przetłumaczył pytanie śledczego, miałem chwilę czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią, a patrząc obojętnym wzrokiem na protokół odczytywałem zeznania. Czułem się coraz pewniejszy, że obejdzie się bez bicia. Jeden z kolegów powiedział nawet taką drobnostkę, że po propozycji wstąpienia do organizacji powiedziałem, że dam odpowiedź za dwa dni. Chciałem w tym czasie drogą poufną sprawdzić przekazane mi informacje o powstającej organizacji. Po kolejnych pytaniach i moich negatywnych odpowiedziach, przeciągnąłem strunę cierpliwości śledczego. Nacisnął guzik dzwonka i natychmiast wpadł drab prawie dwumetrowego wzrostu i zaczął mnie bić pałką po plecach i głowie. Rękoma zasłoniłem głowę przed ciosami. Kiedy skończył od nowa rozpoczęła się seria pytań. Wtedy zacząłem powoli, z namysłem (wyglądało, że na skutek bicia) przyznawać się do tego, co mogłem przeczytać, a była to treść zawierająca najważniejsze dziedziny mojej działalności, kontaktów i osób, z którymi współpracowałem, i o czym wiedzieli moi koledzy. Po przesłuchaniu zostałem wyprowadzony na korytarz, gdzie zamieniłem spojrzenia z dwoma kolegami z siatki, bo o porozumiewaniu nie mogło być mowy, chyba żeby ktoś chciał koniecznie dostać lanie, albo pomimo to zaryzykował podanie bardzo ważnych zeznań. ja takiej potrzeby nie miałem.

Po zakończeniu śledztwa zaprowadzono nas do jednej dużej celi, w której przed wojną była kaplica. Podłoga w niej był drewniana. Oczywiście jest to woda na młyn pchlego świata. Inwazja tych insektów w dzień, a szczególnie w nocy była nie do wytrzymania. Próbowaliśmy stosować różne środki i sposoby, ale to nic nie pomagało. Była zima i pozostało nam jedynie rozkładanie koców na śniegu w czasie jedynej w tygodniu przechadzki. Zaczęto nas zatrudniać w różnych pracowniach więziennych. Pracowałem z bratem i kilku kolegami w zakładzie introligatorskim i tam też sporządziliśmy karty do gry w brydża. Królami w talii byli świetnie narysowani przez jednego z kolegów – Roosevelt, Churchil, Sikorski i Stalin. Karty, dwie talie, były skrzętnie ukrywane, a w brydża graliśmy po wieczornym apelu. Służyły nam prawie do końca pobytu w Rydze i zostały zabrane w rewizji tuż przed ewakuacją do Stuthofu. Ponieważ mistrz introligatorni, cywil, narobił jakichś malwersacji, zmieniono go i cały zespół pracujących tam więźniów. Po kilku dniach zatrudniono nas w większości w ogrodzie więziennym, gdzie pracowaliśmy do końca pobytu w centralnym więzieniu do chwili przetransportowania nas do terminowego więzienia, skąd po kilku miesiącach trafiliśmy dalej do Gdańska i Stuthofu. Na terenie ogrodu znajdowała się też stajnia koni wozaków, które służyły do transportu zaopatrzenia więziennego i trzoda chlewna.

Codziennie do południa dwóch więźniów odsługujących konie, chodziło do kuchni po obierki z ziemniaków dla świń. Jednym z nich był nasz kolega. Po zgromadzeniu nas w jednej celi zezwolono rodzinom na przynoszenie nam paczek. Paczki mogły być dostarczane zgodnie z pierwszą literą nazwiska w odpowiednim dniu według alfabetu. W ten sposób prawie codziennie któryś z kolegów dostawał paczkę. Początkowo rodziny starały się przekazywać nam w paczkach wiadomości z radia brytyjskiego BBC. Były one wszywane w obrzeża ręczników, koszul lub chowane w innych artykułach spożywczych. Jednak po wykryciu w jednej z paczek wiadomości zaniechano tego sposobu. Nie przestano jednak dostarczania wiadomości. Każda rodzina, która przynosiła paczkę rzucała przy bramie do ogrodu niedopałek papierosa z ustnikiem zawierającym drobny zapis pismem ręcznym. Wiadomości było bardzo dużo i w tym okresie bardzo pomyślnych – zwycięstwa w Afryce, inwazja Włoch, lądowanie we Francji i zwycięstwa Armii Czerwonej. To nas bardzo podnosiło na duchu. Niedopałek przynosił kolega wnoszący obierki. Podnosił go w chwili gdy dozorca otwierał kluczem bramę ogrodu. Zbierał wszystkie niedopałki z ustnikami i nie było przypadku, żeby wśród nich nie znalazł się zawierający informację. Zdarzyło się, że ziemniaki przywieziono do kuchni późno i na obierki trzeba było czekać do południa. Do tego czasu grupa sprzątających więźniów posprzątała drogę przy bramie i wszystkie niedopałki trafiły na wysypisko na terenie ogrodu. Nie pozostało nam nic innego jak wygrzebać papierosy ze sterty śmieci. Poszukiwania trwały kilkanaście minut w czasie przerwy obiadowej i koledzy jeden po drugim rezygnowali z szukania. Tuż przed zakończeniem przerwy odchyliłem bibułkę znalezionego papierosa i odczytałem sensacyjną wiadomość o lądowaniu wojsk sprzymierzonych w Normandii. Schowałem papierosa, żeby zrobić kawał kolegom i zacząłem opowiadać o przeczytanych wiadomościach. Zaczęli sobie żartować, że moje wiadomości pochodzą z "paraszy", a kiedy pokazałem papierosa, myślałem, że mnie z radości uduszą.

(ciąg dalszy nastąpi)