Pismo Związku Polaków na Łotwie

Wanda Sosnowska

Jednego z nich znałam

(o harcerzu-bohaterze Konstantym Olechnowiczu)

Ołowiane niebo szare i więzienny szary bruk.
Milczą głucho mury stare,
słychać tylko serca stuk

(Teresa Pers "Siedemnastu bohaterów")

Wspominając te bolesne wydarzenia, przenoszę się do odległych teraz lat II wojny światowej. Był rok 1942, wojna wciąż trwała i nie widać było jej końca. Niemcy zwycięsko szli naprzód. Głośniki co chwilę nadawały wiadomości z frontu, przechwalano się wciąż nowymi zwycięstwami, grzmiały marsze wojskowe.

Autoportret Konstantego Olechnowicza.

Krasław był pełen żołnierzy niemieckich - eleganckich oficerów, ogolonych, pachnących dobrą wodą kolońską. Byli zawsze zadowoleni, rozmawiali głośno, po pańsku, z podwiniętymi rękawami od munduru śpieszyli do czynu, aby wypełnić rozkazy wodza, aby prędzej zakończyć wojnę, wojnę zwycięską, w co święcie wierzyli.

Żydzi w Krasławiu byli już wymordowani, jakaś groza zawisła nad Polakami. Co będzie z nami? - takie pytanie zadawał sobie każdy Polak. Na ulicach udawano, że nas nie poznają, znajomi nie witali się, nawet w kościele nasze modlitwy i pieśni były jakieś ciche i nieśmiałe. Aż wreszcie nadszedł dzień 19 maja, dzień, w którym wśród wyzwisk, przekleństw i szturchańców byliśmy rozdzieleni ze swoimi bliskimi, załadowani do bydlęcych wagonów i wywiezieni w nieznane. Myśleliśmy, że nas również zamordują, jednak nie - wywieziono nas tylko na prace przymusowe.

Polacy z Krasławia znaleźli się przeważnie na Pomorzu. Większa ich część trafiła do gospodarstw wiejskich, znaczna część mężczyzn - do Szczecina, do fabryk i innych zakładów pracy. Wśród wywiezionych Polaków były nauczycielki polskiej szkoły miejskiej. O polskiej inteligencji pamiętano w szczególny sposób - starano się ją wygubić, co nie było takie trudne, zważywszy, iż byli to ludzie już niemłodzi, praca fizyczna była dla nich, zwłaszcza na wsi, szczególnie uciążliwa.

Gdy już nieco oswoiliśmy się z naszym nieszczęściem, uśmierzył się ból, pierwszym naszym pragnieniem było dowiedzieć się, kto z naszych przebywa w sąsiednich wsiach. Bardzo nam w tym dopomagali Polacy z Polski - oni przebywali tam już od dłuższego czasu i byli we wszystkim lepiej zorientowani. Szczególnie trudny był pierwszy okres. Młodzi, którzy uczyli się w szkole języka niemieckiego, mogli porozumieć się z gospodarzami, rozumieli ich zarządzenia i byli mniej narażeni na ich niezadowolenie i gniew. Ludziom starszym było bardzo ciężko.

Po krótkim czasie nawiązałam kontakt z panią Marią Jaroszewicz. Była to ostatnia dyrektor polskiej szkoły podstawowej w Krasławiu, ostatnia drużynowa drużyny harcerskiej im. E. Plater. Wśród wywiezionych było dużo jej uczniów, jej harcerzy. Odczuwaliśmy nadal jej autorytet i garnęliśmy się do niej, jak osierocone pisklęta. Ona świetnie mówiła po niemiecku, jeździła do każdego, aby zbadać warunki, porozumieć się z gospodarzami, dodać otuchy, pocieszyć. Niech jej Bóg błogosławi za tę dobroć i pomoc, którą sowicie obdarzała każdego z nas.

Po pewnym czasie zdarzyło się nieszczęście. W jednym z listów p. Maria pisała: "Obok we wsi jest Olechnowiczowa, źle z nią. Wystraszona bardzo, zahukana od gospodarzy, nic nie rozumie, tylko płacze i płacze. A najgorzej jest to, że jej syn gdzieś zaginął, nie wie, co z nim się stało. Czy ty pamiętasz jej syna - Kostka? Był uczniem naszej szkoły...".

Jakże miałam nie pamiętać, był prawie moim sąsiadem. Często go widywałam, gdy chodziłam do źródełka po wodę. Był to ładny chłopiec o bardzo żywych brązowych oczach, ruchliwy i wesoły. Pamiętam go również jako ucznia polskiej szkoły i harcerza. Pani Maria odzywała się o nim bardzo dobrze, jako o zdolnym, dobrym i szlachetnym chłopcu. Uczył się bardzo dobrze, również pięknie rysował i pisał wiersze - budził więc wielkie nadzieje na przyszłość. Pochodził jednak z biednej rodziny i o nauce w gimnazjum nie mógł marzyć. Pani Maria wystarała się o stypendium dla niego, aby mógł dalej kształcić się w polskim gimnazjum, zdaje się, że w Rzeżycy. Nie wiem, czy zdołał złożyć maturę, bo na początku lat 40-tych gdzieś zaginął. Biedna matka również nie wiedziała, co z nim się stało.

W jakimś późniejszym liście p. Maria znów pisała: "Z Olechnowiczową jest coraz gorzej. Traci rozum, nic nie je, tylko płacze i płacze. Słyszy jakieś głosy, ktoś ją woła, myśli, że to jej syn. Zaczęła wymykać się z domu, gdzieś ukrywać się. Gospodarze są bardzo źli, bo zła z niej robotnica".

Kochana nasza opiekunka na obczyźnie dużo się starała o tę biedną kobietę, aż w końcu ją zwolniono i pozwolono wrócić do domu. Ja również bardzo niepokoiłam się o nią, myśląc, jak ta kobieta dojedzie do domu. Pani Maria opowiadała potem, że napisała jakąś kartkę z prośbą do ludzi, aby dopomogli nieszczęśliwej w drodze. Do domu dojechała, lecz tam zastała pustkę. Mąż zmarł wcześniej, a o synu nie miała żadnych wiadomości. Był to jedynak, bo dwie córeczki zmarły uprzednio. Jej biedne serce i chora głowa nie wytrzymały - powiesiła się.

Od tego czasu przeszło prawie pół wieku. Aż wreszcie trafiła mi do rąk gazeta "Czas Łatgalii", w której było umieszczone zdjęcie pamiątkowej tablicy poświęconej dyneburskiej grupie żołnierzy Armii Krajowej. Był na niej napis:

Stanęli w potrzebie i padli
Żołnierze V ODC "Wachlarza" z Inflant
w 1944 r.
Czechowicz Franciszek i Spogis Piotr..

A potem nazwiska, nazwiska... i między nimi - Konstanty Olechnowicz! Biedna matka nareszcie dowiedziałaby się o losie swego syna! Tablicę przywieziono z Warszawy i umieszczono w Dyneburgu przy ul. Warszawskiej 30 przed budynkiem Domu Polskiego. Do tej grupy należeli również harcerze, którzy byli uwięzieni a potem zostali rozstrzelani. Piękny wiersz napisała śp. Teresa Pers, poświęciwszy go harcerzom polskim z Dyneburga, z grupy dywersyjnej F. Czechowicza, rozstrzelanym na dziedzińcu więzienia w Rydze w 1943 roku przez faszystów:

Siedemnastu bohaterów

Ołowiane niebo szare i więzienny szary bruk.
Milczą głucho mury stare
Słychać tylko serca stuk.

Jednak echo wśród tych murów
Chroni okrzyk sprzed pół wieku.
Siedemnastu bohaterów
Na tym bruku śmierci czeka.

Ich tu przywieźli o szarym świcie
Kiedy na wschodzie zorza się pali.
Ich tu przywieźli, by zabrać życie,
A oni życie Polsce oddali.

"Niech żyje Polska" - wszyscy krzyknęli,
Okrzyk słyszało i niebo samo
W chwili ostatniej się nie ugięli,
Tylko najmłodszy zawołał: "Mamo!"

O, wspomnij Polsko po latach wielu
o tych, co Ciebie kochali szczerze,
co tu w ostatnim stali apelu
chłopcy znad Dźwiny, polscy harcerze.

Możliwie, że Kostek był najmłodszym, może to jego głos słyszała matka, bo w 1943 roku nie miał jeszcze więcej niż 17-18 lat!

Krasław, listopad 2002 r.