Pismo Związku Polaków na Łotwie

Jerzy Marciniak

Dolina Loary

(zakończenie)

– Wszystkie złote ! – objaśniła i były to jej pierwsze słowa od czasu przyjazdu z kraju Wilhelma Tella.

Żona Inżyniera rozchyliła poły płaszcza na piersiach i pokazała ciemnoniebieską bluzkę.

– Nowa, od Diora!

I były to jej pierwsze słowa od czasu wyjazdu Olszewskiej do kraju znanego z produkcji żółtego sera.

– Też mam od Diora! – Lila Olszewska uniosła sweter golf do góry i zaprezentowała bluzkę w grubą, niebiesko – czarną kratę.

Żona Inżyniera ujęła delikatnie bluzkę i potarła z wyczuciem palcami. Popatrzyły sobie przy tym w oczy.

Zaczęły iść w stronę Uniwersytetu.

– Wszystko gra? – szepnęła Olszewska do ucha żonie Inżyniera, gdy szły tuż przy sobie obok długiego zwężenia chodnika. Dla bezpieczeństwa odwróciła wcześniej głowę do tyłu, by mieć pewność, że Inżynier nie usłyszy. I był to jej pierwszy szept i pierwsze konfidencjonalne odwrócenie głowy do tyłu od czasu przyjazdu ze Szwajcarii.

– Wszystko w porządku... – odszepnęła żona Inżyniera i było to jej pierwsze odszepnięcie od chwili odpoczynku z piłkarzem w Hotelu Garnizonowym i jednocześnie od czasu wyjazdu Olszewskiej do kraju słynącego z produkcji zegarków, którą to zresztą działalność założyli im Polacy.

Po drugiej stronie ulicy szedł wyrośnięty, barczysty młodzian o tępym spojrzeniu i tępym wyrazie twarzy i z tego co Inżynier spostrzegł, to zachowywał się on tak, jakby posyłał Olszewskiej albo jego żonie jakieś znaki. One jednak nie zwracały na niego uwagi. Po chwili Inżynier doszedł więc do wniosku, że barczysty młodzian o tępym spojrzeniu musiał posyłać znaki komuś innemu.

Usiedli na ławce na dziedzińcu Uniwersytetu. Olszewska odgarnęła włosy. Czoło z lewej strony, tuż przy skroni, miało bliznę kilkucentymetrowej długości.

– Walnął mnie sukin... butelką po pijanemu, ale opłaciło mi się, bo dostałam odszkodowanie.

Szeptem wymieniła sumę. Był to jednak szept dosyć głośny, bo stające obok dwie dziewczyny spojrzały w jej stronę a potem zatopiły się w głębokim myśleniu, mniej więcej takim w jakim cynkciarze zatapiali się kiedyś, gdy przeliczali obcą walutę na naszą.

– W Polsce to się w ogóle nie opłaci, nawet milicja nic nie robi, mówią, w sprawy małżeńskie się nie wtrącamy... a o odszkodowaniu to praktycznie mowy nie ma, tam to jest dużo lepiej...

Popatrzyła na Inżyniera jakby oczekując akceptacji z jego strony. Inżynier jednak milczał. Żona Inżyniera też milczała.

– Ten mój poprzedni ślubny jak zobaczył u mnie tą forsę to jak piesek chodzi za mną już drugi tydzień... dostałaś odszkodowanie, dostałaś?... a ile?... ile

Inżynier nadal milczał, jednak w duszy przyznał Olszewskiej rację, że z odszkodowaniami w Polsce to trochę nie za bardzo... Stasio Kowalczyk zaprosił Józia do siebie, ugościł, poczęstował czym miał, alkoholu nie pożałował a potem poszedł odprowadzić gościa na ulicę, tam Józio podziękował mu tak, jak nieraz Świat dziękuje, walnął Stasia pięścią od spodu w podbródek a leżącego skopał i wybił mu ząb; Stasio pojechał na drugi dzień do Sądu do Nowej Rudy zakładać sprawę, może pan wystąpić z prywatnym aktem oskarżenia, poinformował go kierownik sekretariatu, ale proszę opłacić koszty... wtedy Stasio zadarł wargę do góry i zaczął wyjaśniać: to on mi wybił ząb a nie ja jemu to dlaczego ja mam płacić ?... co to teraz za sprawiedliwość?... pobiją człowieka i jeszcze każą mu dopłacić!

Olszewska przyłożyła otwartą dłoń do policzka, tak, żeby Inżynier nie widział jej ust a drugą uniosła wargę ku górze, mniej więcej tak jak Stasio w Sądzie w Nowej Rudzie. Z tą tylko różnicą, że on uniósł wargę dla lepszej widoczności obu rękami a ona jedną ręką gdyż o lepszą widoczność specjalnie jej nie chodziło.

– Nogą od krzesła mnie załatwił, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło... raz, to mi wstawili tak, że prawie wcale nie znać a po drugie to sukinsyna drogo kosztowało... prawdę mówiąc to postawiło mnie to na nogi, w sensie finansowym przynajmniej, mogłam też wrócić do Polski by dokończyć studia... Bolcio, ten z tatuażami co karate trenował, to w tyłek mi teraz chce wejść, wspólne interesy chce ze mną teraz prowadzić, ale... kiedyś jak się umówił ze mną na randkę i nie przyszedł, to ja aktualnie mam podobne podejście do sprawy.

Opuściła wargę ku dołowi i zaczęła kontynuować.

– Dużo dziewczyn z Europy Środkowej to żyje tam na Zachodzie słabo, no kombinować trzeba... ciężko jest tam teraz bo jest bezrobocie, więc jak nie wyjdziesz tam dobrze za mąż, to trzeba myśleć. Mi się powiodło, ale byłam u znajomej we Francji, ma ładne mieszkanie, okna wychodzą na rzekę, na Loarę, ale nie ma na komorne... to tam jest tak, jak chcesz zaoszczędzić na przykład na samochód, czy rodzinie coś kupić to... widziałam jak ona robiła, koniec miesiąca, to kwitowała: komorne – godzinka sam na sam z kierownikiem spółdzielni mieszkaniowej to on wpisał w protokół, że wilgoć... światło – taka sama godzinka z kasjerem to on coś tam... gaz – godzinka z kasjerem od gazu... wiele tak robi, ale jak masz kasjera kobietę, to leżysz... nie każda zresztą do tego się przyznaje, tak w zaufaniu to ci powie, że tak jest, ale oficjalnie to większość na ogół zaprzecza... ja miałam inną sytuację bo mąż płacił rachunki.

Zbliżała się pora egzaminów, obie poprawiły makijaże i wstały z ławki. Odchodząc Olszewska odwróciła się, mrugnęła okiem i powiedziała w stronę Inżyniera:

– Tylko w tym czasie nie idź do agencji towarzyskiej.

Wmieszały się w tłum studentów i po chwili zniknęły w środku budynku.

Inżynier odprowadził odchodzące wzrokiem. Jego wizyta w agencji towarzyskiej... Nie było to w zasadzie prawdą, ale też i nie było tak do końca zmyśleniem. Skąd ona o tym wiedziała, zaczęło to nurtować Inżyniera. Kto jej powiedział? Żona? Wiedziała o tym i nic nie mówiła? Wiedziała i tolerowała? Nie zależało jej na mężu? A może odwzajemniała się pięknym za nadobne? Sąsiad jej powiedział? Po nim można było się wszystkiego spodziewać. Jak napędził większą ilość bimbru to nie panował nad sobą i żadnej tajemnicy nie potrafił dochować, tylko od razu wychodził na ulicę i wykrzykiwał wszystko głośno ile miał siły w płucach. Potem jeździł bez opamiętania motorem, tak, że ratyfikację nieraz trzeba było robić dwa razy na tydzień. Żona sąsiada by powiedziała? Ta taka cicha i zahukana kobiecina?

Szedł wtedy, po kilku kieliszkach, z kolegą w stronę domu. Żona była w Warszawie i tamten zaproponował rozrywkę. Inżynier nie powiedział ani nie ani tak, tylko po prostu zaczął iść z kolegą w wiadomym kierunku. Tamten zachowywał się butnie, ściągaj pan ubranie, jesteśmy na miejscu !... Ściągaj pan ciuchy, jeszcze dwie ulice i wpadamy tam z rozpędem !... Wyskakuj pan z odzienia !... Krzyczał głośno mimo iż do agencji był jeszcze spory kawałek drogi. Ludzie odsuwali firanki w oknach i zerkali na nich. Weszli do agencji imieniem Wandy Wasilewskiej. Dziewczyny były mniej więcej w tym wieku co Wanda, gdy zasiadała w PKWN-ie a do tego żądały wygórowanych stawek. Inżynier wyszedł więc na ulicę. Miał zamiar iść do domu, ale tamten namówił go jeszcze raz. Poszli wtedy do innej agencji.

Ta nosiła imię Feliksa Dzierżyńskiego. Znajomy ponownie na dwie ulice przed agencją zaczął się rozbierać i pokrzykiwać na Inżyniera: zdejmuj pan ciuchy!... bystreje, bystreje do naga!... priekrasne dziewoczki!... Dziewczyny jednak u Dzierżyńskiego były w podobnym wieku co w poprzedniej agencji a te najstarsze z nich to na pewno nie miały mniej lat niż Feliks Edmundowicz, kiedy kierował po rewolucji najważniejszym z resortów. Do tego oba pokoje były zajęte a zaglądające przez dziurki od kluczy dziewczyny twierdziły, że obaj klienci są w dużym upojeniu alkoholowym, postępują bardzo powoli i z częstymi przerwami, więc punkt kulminacyjny mogą osiągnąć za około pół godziny albo i dłużej. Inżynier wyszedł więc szybo na dwór i udał się prosto do domu.

Barczysty, wyrośnięty młodzian z tępym spojrzeniem kręcił się po dziedzińcu i widać było po nim, że wyszukuje tym swoim przytępionym spojrzeniem kogoś w przewalającym się tłumie. Inżynier posiedział jeszcze chwilę i wszedł do środka. Na korytarzu, przed drzwiami gabinetu profesora, czekało sporo osób. Niektóre były wyraźnie podenerwowane. Zaczerwienione twarze, nerwowe kręcenie się w kółko, chaotyczne wertowanie notatek, skryptów, książek, wyłamywanie palców w stawach, syczące wyrzucanie powietrza przez zaciśnięte zęby, głębokie zaciąganie się papierosami...

Żona z Olszewską były spokojne. Obok nich stał jakiś mężczyzna. Olszewska ciągnęła mniej więcej ten sam temat co na dziedzińcu – o swoim kuzynie z Genewy.

– Poszłam do rodziny, daleki krewny, daleki to fakt, ale myślałam mimo to, że mnie przenocuje albo chociaż jakimś dobrym obiadem poczęstuje – jednak on poczęstował mnie tylko kawą... po godzinie zapytał, głodna jesteś?... tak, odpowiedziałam mu, wtedy on spojrzał na zegarek i powiedział: to pośpiesz się bo ten sklep na rogu zamykają za dziesięć minut i później będziesz musiała iść aż do centrum... masz wujek rację, przytaknęłam mu w odpowiedzi i szybko wybiegłam z jego domu by tam już więcej nie wejść.

Drzwi otworzyły się i stanął w nich szczupły, niski staruszek w okularach. Żona z Olszewską weszły do środka. Inżynier pomyślał, że będzie lepiej jak poczeka na nich na zewnątrz, by nie sprawiać wrażenia jakby przyjechał do Warszawy by pilnować małżonkę na każdym kroku.

Wyszedł więc na dziedziniec i usiadł na ławce.

Żona wyszła z Uniwersytetu z indeksem w ręku.

– Piątkę dostałam.

Powiedziała to jakimś monotonnym głosem i bez żadnej radości. Po chwili dołączyła do nich Olszewska.

– Też dostałam piątkę.

Obie patrzyły obojętnym wzrokiem na Inżyniera i miały jakieś takie smutne miny. Wyglądało to nawet trochę tak, jakby sąsiad miał rację twierdząc po pijanemu, że dobre oceny to trochę dla kobiety za mało, żeby się naprawdę cieszyła.