Pismo Związku Polaków na Łotwie

Jerzy Marciniak

Dolina Loary

Sąsiad kłaniał się Inżynierowi z daleka bo miał w tym interes. Jeździł często motorem po pijanemu, na ogół nieostrożnie i milicja łapała go. Prosił zawsze Inżyniera po tych wypadkach, by odniósł na komendę mandat a przyniósł mu z powrotem jego prawo jazdy. Mówił przy tym: odnieś pan mandat a przynieś w zamian moje prawo jazdy. Żona Inżyniera, jako językoznawca, miała zastrzeżenia co do tego W ZAMIAN, gdyż uważała, że określenie to można zastąpić innym wyrażeniem. Sąsiad zastrzeżeń widocznie nie miał, bo używał go (W ZAMIAN) często. Nieraz tylko tą wymianę dokumentów, czyli mandat na prawo jazdy, nazywał: ratyfikacją. Do tego drugiego określenia żona też miała zastrzeżenia twierdząc, że odnosi się ono wyłącznie do stosunków międzynarodowych i nie należy go dowolnie używać w sytuacjach życia codziennego.

Żona Inżyniera zaczęła studia podyplomowe z logopedii. Inżynier miał zaufanie do małżonki, był pewny jej wierności, ale mimo to postanowił to swoje zaufanie i tą swoją pewność spotęgować, utwardzić, wzmocnić, utrwalić i podnieść na jeszcze wyższy stopień jakości. Nie bez wpływu na jego decyzję były uwagi sąsiada: oj, coś pana żona za bardzo uśmiechnięta wraca z Warszawy. Inżynier mając zaufanie do małżonki wzruszał na to tylko ramionami a nieraz dodawał: uczy się dobrze, zdolna jest, zalicza egzaminy na piątki lub czwórki to się cieszy. Sąsiad jednak był innego zdania: od samych piątek to by się tak kobieta nie cieszyła, sama nauka to za mało...

Usiedli w fotelach naprzeciwko siebie i on zaczął patrzeć jej uważnie w oczy, żeby wychwycić nawet najmniejszy błysk, zawahanie, rumieniec, drgnienie rzęsy, nerwowe mrugnięcie oka, jakiś przelotny skurcz twarzy... I zaczął zadawać pytania, które przez ostatnie kilka miesięcy przygotowywał w skrytości duszy.

– Co dokładnie robiłaś po wyjściu z pociągu?

Żona poważnie traktowała małżeństwo na którym jej bardzo zależało i poważnie traktowała męża, więc z powagą (i rozwagą) odpowiadała:

– Na stacji czekała na mnie Olszewska (czytaj: czekał piłkarz, bramkarz

grający w klubie wojskowym, barczysty, wyrośnięty, tępy w spojrzeniu, tępy w rozmowie i bardzo tępy w myśleniu, ale ostry...).

– Dobrze, gdzie z dworca poszłyście?

– Poszłyśmy do Metropolu, bo ona zarezerwowała tam pokój (czytaj:

poszli do Hotelu Garnizonowego, bo on zarezerwował tam pokój).

– I?

– Wzięłam prysznic i położyłam się na chwilę by kwadrans odpocząć (czytaj: wzięła prysznic, on też, położyli się i zaczęli kwadrans... odpoczywać).

– Odpoczywałaś?

– Tak, odpoczywałam (czytaj: od odpoczynku... jemu pot płynął z czoła i jej też, że zrzucili kołdrę na podłogę i odpoczywali nie przykryci).

– Dobrze odpoczęłaś?

– Średnio (czytaj: bardzo dobrze bo poweselała, rozpromieniła się, rozluźniła, uśmiechnęła

i widać było, że rozpiera ją szczęście).

Nie spytał czy odpoczywała po polsku, bo jakoś mu to nie przyszło do głowy, ale gdyby spytał to ona by na pewno odpowiedziała, że wyłącznie po polsku (czytaj: ... albo nie czytaj tylko zaśpiewaj stary szlagier z francuskich kabaretów: dolina Loary wzburzona a wieża Eiffla spragniona...).

– Po odpoczynku?

– Nic takiego (czytaj: po odpoczynku położyli się by odpocząć, to znaczy poleżeć trochę,

wyprostować kości, zetrzeć pot z czoła)

– Jak nic takiego? A Uniwersytet?

– O tak! Poszłyśmy, bo nie chciałam się spóźnić, Lila Olszewska tak samo... (czytaj:

spóźniła się godzinę bo po odpoczynku odpoczywali zbyt długo, zresztą ona liczyła, że w zamian za odpoczynek on weźmie taksówkę, ale się przeliczyła, bo w zamian za odpoczynek on nie wziął nic, tylko zapytał, kiedy następny raz przyjedzie do Warszawy na zajęcia z teorii języka i zrobił przy tym taką minę, żeby ona od razu wiedziała, że on ma na myśli nie jej zajęcia na uczelni a wyłącznie odpoczynek w Hotelu Garnizonowym).

Rozmowa ta nie wzbudziła w Inżynierze nawet najmniejszych podejrzeń, więc wstał, podszedł do żony, ucałował ją w usta w podziękowaniu, że jest mu wierna i wsunął jej do dłoni kilka banknotów.

– Zawsze mówiłem, że żona jest od tego, żeby ją szanować, adorować i kupować jej prezenty.

Ona uśmiechnęła się i odwzajemniła pocałunek. Inżynier chcąc ucieszyć żonę jeszcze bardziej, zaproponował.

– Na następne twoje zajęcia z teorii języka pojedziemy do Warszawy razem.

Ona klasnęła z radością w dłonie, chociaż było jej to całkiem nie na rękę i zawołała z entuzjazmem:

– Chętnie!

Zarzuciła mu przy tym ręce na szyję i mocno przytuliła. Inżynierowi zabłysły łzy szczęścia w oczach. Dodatkowym powodem jego szczęścia był fakt, że żona zachowywała się każdorazowo po powrocie z Warszawy całkiem normalnie. Nieodmiennie już na klatce schodowej stawiała neseser na podłodze i zaczynała się rozbierać. Nawet jak wokoło kręcili się jacyś obcy ludzie. Przekraczając próg mieszkania wszystko co miała na sobie już przestawała mieć na sobie, tylko trzymała zwinięte w kłębek pod pachą i wbijała się ustami w Inżyniera. Mówiła przy tym: trzy dni nie było mnie w domu, na pewno więc jesteś stęskniony i spragniony mnie, rozbieraj się zatem a neseser wniesiemy do mieszkania później. I by neseser nie musiał zbyt długo czekać na nich na korytarzu, to pomagała wolną ręką Inżynierowi zdejmować ciuchy.

– Cieszę się, że pojadę razem z mężem do Warszawy.

Inżynier słysząc te słowa jeszcze bardziej wtulił żonę w ramiona.

Wysiedli na dworcu Warszawa Centralna i zaczęli iść w stronę Marszałkowskiej. W pierwszej chwili nie poznali Olszewskiej, bo wyglądała z daleka o wiele młodziej niż przed wyjazdem do Szwajcarii. Ona na szczęście poznała ich i podeszła pierwsza. Ucałowała się z żoną Inżyniera i podała rękę do ucałowania jej mężowi. Na każdym palcu miała duży pierścionek.

(zakończenie dalszy w następnym numerze)